Holy Land May 3th - May 8th 2016
Terra Sancta 2016 Dziennik podróży
Dzień 1 – 3 maja 2016, wtorek, Święto MB Królowej Polski
Wstaję wcześniej. Prasuję ostatnie rzeczy – korporał z zestawu Mały Ksiądz. Zaglądam do kaplicy, proszę o bezpieczną podróż i zabieram teksty mszalne. Cienka czerwona książeczka z krzyżem Jerozolimskim na okładce. Przyjeżdżają po mnie busikiem 4 kobiety. Zabierają mnie do Jerozolimy, do grobu Pana. Wszystko zaczyna mi się kojarzyć z Ziemią Świętą – może to syndrom Jerozolimski (zbyt emocjonalne wejście w rolę Jezusa, apostołów sprzed 2 tysięcy lat), o których rozpisują się w przewodnikach. Na lotnisku w Pyrzowicach tłum ludzi. Odnajduje mnie współbrat o. Seweryn Wąsik SJ, który jedzie z grupą w Warszawy. Kto wie, ilu księży jest jeszcze wśród nas. Stoję z boku obserwując pielgrzymów i dopijam wodę. Kilku agentów izraelskich linii El Al przeprowadza z nami wywiad: po co? z kim? coś ostrego? kto pakował? Stojąc w kolejce, żartuję, że chcę do Łysego na rozmowę. Bierze mnie Rudy. Mamy lecieć dużym samolotem, dwupokładowym Boeingiem B747-400. Przez nieuwagę przechodzę do ostatniej poczekalni, już za odprawą celną i kontrolą straży granicznej. Jestem sam, bo wszyscy zostali w części sklepowej, bo jeszcze 2 godziny do odlotu. Dzwonię do domu i pytam, gdzie się za Was szczególnie modlić: Tata – Kalwaria, Mama – sadzawka Siloe. Parę dni temu, kiedy jeszcze nie wiedziałem, że pojadę do Ziemi Świętej, udająca się tam moja litewska przyjaciółka s. Agniete, benedyktynka, zadała mi to samo pytanie. Nad jeziorem, tam, gdzie powoływał uczniów.
Samolot spóźniony, a raczej nigdy nie jest na czas, jeśli nie są skończone najdrobniejsze procedury – tłumaczy mi Seweryn. El Al to przecież najbezpieczniejsze linie lotnicze na świecie. Polecimy, kiedy wszystko będzie na sto procent sprawdzone. Izraelska agentka, młoda dziewczyna, wskakuje do autobusu mającego nas zawieźć pod samolot. Sprawdza wszystko dokładnie, zagląda nawet na dach. Ciąg dalszy izraelskiej fobii bezpieczeństwa.
Próbuję zebrać myśli przed odlotem. Nie potrafię przebić się przez szum silników. Propozycja udziału w tej pielgrzymce, spadła na mnie z nieba, przed kilkoma dniami. Zostaje mi tylko modlitwa, westchnienie do Boga, aby moje pielgrzymowanie do ZŚ nie było jak połykanie na szybko jedzenia przed pracą. Chcę czasu i głębi, która pozwoli mi ten prezent przetrawić. O tyle mogę się modlić.
Do Jerozolimy, do Izraela zabieram 3 książki: przewodnik The Rough Guide to Jerusalem by Daniel Jacobs, zapiski pątniczki Egerii z IV wieku i historię Jerozolimy: Jerusalem. The Biography by Simon Sebag Montefiore.
Dostajemy śniadanie. Wszystko koszerne – potwierdzone certyfikatem przez rabina z Kanady. Jajecznica, ser, owoce i kawa. Siedzę od strony korytarza, ale widzę, że jesteśmy ponad puchowymi chmurami. Lądujemy o 15.30 lokalnego czasu (godzina do przodu). Czekam na uderzenie zapachu i ciepła, jak na zakochanie od pierwszego spojrzenia. Bogu niech będą dzięki za wspaniały lot i szczęśliwe lądowanie w Ojczyźnie Jezusa – jak mawia nasza przewodniczka. Znowu kontrole paszportu, otrzymuję tymczasowy dowód pobytu i czekam na bagaż. Lotnisko Ben Guriona jest ogromne, jasne i w ciepłych kolorach pustyni. Stylistyką przypomina pustynne budowle; grobowce i świątynie – kolumny i ściany przypominające mur świątynny w Jerozolimie, który znam z fotografii. To tutaj Ben Gurion w 1947 proklamował powstanie państwa Izrael, i dzisiaj lotnisko nosi jego imię. Wreszcie wychodzimy na zewnątrz – nie jest gorąco, wieje wiatr, i czuję suche powietrze pustynne, takie, jakie lubię. No humid jak mówią Americans. Kierowca, odbierającego nas autokaru, jest Arabem i dobrze mówi po angielsku. Jedziemy do Jerozolimy, miasta Boga, położonego na 7 wzgórzach. Jerozolima zbudowana jest z tego samego kamienia, na którym stoi – jasnego, mieniącego się wielobarwnym światłem orientu. Płynnie jedziemy przez główną ulicę, w środku, której prowadzi linia tramwajowa. Normalne życie wokoło: dzieci wracają ze szkoły, mężczyźni bezczynnie siedzą na rogatkach ulic, samochody czekają na światłach, zamyśleni ludzie w tramwajach. I jest jasno: domy, ulice, mury i samochody.
Wysiadamy przed bramą Jaffy. Jest gorąco. Kamienie oddają ciepło, które codziennie kradną, bo nie wierzą w ulotność życia. Na razie jest poetycko, sielankowo, bo nie dostrzegam napięcia drzemiącego w tym miejscu, o którym czytam w historii Montefiorego. Zaczynam poznawać ludzi, bo dotychczas byli tylko istotami o charakterystycznych cechach: Pani z różową kokardą, Studentki po 40, Troskliwy Tata z Córką, Zakochana w Delikatnym Cudzoziemcu, Dziadek pod laską itd. Docieramy przez wąskie uliczki pełne straganów do dziedzińca bazyliki Bożego Grobu, wtopionej w zabudowę miasta. Na niewielkim placu sporo ludzi, gwar i kłująca myśl: to tutaj zmartwychwstał Pan. W tym miejscu, w tej przestrzeni. Jestem synem czasoprzestrzeni, ale teraz jest tylko miejsce. Te dwa tysiące lat nie mają znaczenia.
W świątyni wita nas zapach olejku nardowego i innych wonności wydobywających się z kamiennej płyty, na której namaszczono ciało Jezusa przed złożeniem do grobu. Zaraz za wejściem skręcamy na prawo i wchodzimy po wąskich schodach na Golgotę. Wkładam rękę z różańcem i medalikiem do otworu po Krzyżu, znajdującego się pod ołtarzem. Modlę się zgodnie z obietnicą za Tatę. Za chwilę odprawiam mszę w kaplicy obok Grobu według formularza z uroczystości Królowej Polski. W zakrystii przyjmuje mnie franciszkanin – jeden z kustoszy ZŚ, dostrzegam w nim dumę z tego powodu. To miłe, i od razu szeptamy, aby wyrazić szacunek do miejsca. Przy Mszy św. wzruszenie dla kapłana i wiernych. Wchodzimy do wolnostojącej kaplicy Grobu znajdującej się w samym środku bazyliki. O dziwo, nie ma kolejki, ale i tak strzegący kaplicy prawosławny pop, pogania nas ze wschodnim temperamentem. Nie mam czasu przyjrzeć się wnętrzu kaplicy, patrzę jedynie na kamienną płytę, na której przez 3 dni spoczywał Pan. Delikatny Cudzoziemiec to Niemiec Tilo, Zakochana w nim to Polka Agata. Tłumaczę mu podstawy Pisma św. Wracamy o 20.00 do autokaru i jedziemy do hotelu w Betlejem. Musimy wjechać do Autonomii Palestyńskiej, szczelnie ogrodzonej wysokim murem od Jerozolimy. Przez bramę wpuszcza nas patrol żydowski. Na głównej ulicy w Betlejem kwitnie wieczorne życie. Docieramy do hotelu prowadzonego przez chrześcijan, które jest wysokim blokiem. Witają nas Polacy z innych grup, których pamiętamy z lotniska i młodzi mężczyźni czekający, aby wnieść nasz bagaż. Jest obfita kolacja – szwedzki stół. Idę spać. O godzinie 4 budzi mnie głos muezzina z megafonu, wzywający do modlitwy.
Dzień 2 – 4 maja 2016, środa
Zrobiło się znacznie chłodniej w porównaniu z wczorajszym, upalnym dniem. Dopiero teraz spoglądam na położone na wzniesieniach Betlejem. Znany biały kamień, kwitnące krzewy i poranna mgła, która rozszczepia światło, tworząc mistyczną atmosferę. Jedziemy wzdłuż muru pokrytego graffiti – artystyczna próba ujarzmienia rzeczywistości jednoznacznie kojarzącej się z przemocą. Czekamy w kolejce autokarów do punktu granicznego. Dzisiaj wjeżdżamy do Izraela bez kontroli. Opuszczamy biedne palestyńskie getto i wkraczamy do lepszego świata kolonizatorów. Jedziemy na Górę Syjon (to umowne miejsce, bo naprawdę nie wiadomo, gdzie taka jest), do miejsca, gdzie był wieczernik. W stosunkowo nowej kaplicy, zarządzanej przez franciszkanów, odprawiam Mszę o Eucharystii. Potem przechodzimy obok bazyliki Zaśnięcia NMP i przy żydowskim pomniku króla Dawida spotykamy się z Aramem, Ormianinem z Jerozolimy, który będzie dla nas oficjalnym, wymaganym od każdej grupy przez władze izraelskie, przewodnikiem. Idziemy do „sali na górze.” Wieczernik to miejsce, które całkowicie uległo przebudowie. Dzisiaj przypomina renesansową salę, spotykaną we wnętrzu europejskich zamków. Nie ma żadnego wystroju. Tylko grupa kobiet i biegający kot. Jedynie przy ścianie znajdziemy metalowe drzewo oliwne, podarowane przez JP II, w czasie jego wizyty w ZŚ. 3 gałęzie wyrastające z jednego pnia symbolizują 3 wielkie religie monoteistyczne. Dosłownie znajdujemy się – słucham Iwony, naszej przewodniczki – na terenie dzielnicy żydowskiej, sala była meczetem w czasach Sulejmana, a chrześcijanie wspominają tutaj początki Kościoła w czasie zesłania Ducha św. Wchodzimy do bazyliki Zaśnięcia NMP, prowadzonej przez niemieckich benedyktynów. W podziemiach znajduje się krypta z figurą leżącej Maryi, a wokół niej boczne kaplice z wizerunkami Matki Bożej z różnych państw. Ogólnie nie podoba mi się tutaj, jest zbyt czysto, schludnie, wszystko przygaszone przez niemiecki porządek. Odmawiamy dziesiątkę różańca. Modlę się o Ducha św., aby powiał, o miłość, umocnienie słabego kapłaństwa. Na zewnątrz wiatr i niespodziewany deszcz. I idealna temperatura do pielgrzymowania. Przechodzimy do górnego kościoła i siedzimy na wygodnych, funkcjonalnych, niemieckich krzesłach. Iwona opowiada o dwóch tradycjach miejsc śmierci Maryi: efeskiej (u św. Jana) i jerozolimskiej (przy Wieczerniku). Zapomniałem, ale zanim weszliśmy do bazyliki odwiedziliśmy miejsce, gdzie według tradycji, znajduje się grób Dawida. Jest jak w synagodze: mężczyźni z nakryciem głowy na prawo, a kobiety na lewo. Kilku ortodoksyjnych Żydów modli się po kątach. Chcę jeszcze wrócić do tematu bazyliki: stamtąd, gdzie niemiecki porządek mi nie odpowiada, czyli w kościele, przemieszczamy się sklepiku i baru, gdzie jest jak najbardziej wskazany. W sklepiku pamiątki dobrej jakości, a w wysprzątanym barze kawa dobrze podana i smaczna. Kupuje kilka pamiątek, a w barze podsłuchuje rozmowy, pracujących w nim niemieckich wolontariuszy. Rozpoczynamy zejście z góry, gdzie był Wieczernik, w kierunku doliny Cedronu. I od razu zatrzymujemy się w miejscu, które bardzo mi się podoba – w kościele upamiętniającym zaparcie się Piotra. A kogut zapiał. Jest to również miejsce Ciemnicy, więzienia, gdzie Jezus oczekiwał na sąd. Jestem zauroczony tym miejscem, bo z niego rozciąga się widok na dolinę Cedronu. Widać ogród Getsemani, Golgotę, Górę Oliwną i panoramę Jerozolimy z błyszczącą się w centrum złotą kopułą Meczetu na Skale. Tutaj wszystko się rozegrało, nasze zbawienie, w obrębie kilkuset metrów, niesamowite wrażenie, przejmujące. „Pan Bóg będzie strzegł mego wejście i wyjścia” – widnieje napis na kościele św. Piotra. W moim sercu dotykam momentów zdrady, powierzchowności, pychy z bycia skałą przed ludźmi. Skała, którą rozpuszcza byle jaki deszcz. Kościół jest stosunkowo nowy, pięknie zaprojektowany i urządzony. Sklepienie zdobi imponujący witraż w kształcie krzyża. Czytam na bocznej ścianie słowa Piotra: Panie, do kogóż pójdziemy?... Domine, ad quem ibimus? Verba vitae aeternae habes. Tu es Christus Filius Dei. W głównym ołtarzu scena sądu Jezusa przed Sanhedrynem. W dolnym kościele fragment skały, gdzie Piotr zapłakał po zdradzie. Przewodnik, znajdującej się w podziemiach grupy amerykańskiej, tłumaczy, że proces przed Sanhedrynem był nielegalny, bo nie było wszystkich członków Wysokiej Rady (Nikodem, Józef) i odbywał się w nocy. Miejsce więzienia, nasza Ciemnica z Wielkiego Czwartku, to starożytna cysterna wydrążona w skale. Więźnia spuszczano tam na linie przez niewielki otwór. To jest prawdziwa ciemnica, otchłań, a nie zwyczajna krata, za którą siedzi Jezus w naszych wielkoczwartkowych dekoracjach. Zdrada Piotra jest sprzęgnięta z uwięzieniem Jezusa. Obaj cierpią. I Mistrz i uczeń. Et egressus foras Petrus flevit amare (Łk 22,62), zapłakał gorzko. Schodzimy na dno cysterny, aby poczuć, choć trochę cierpienie Jezusa. Tutaj czytamy psalm 88. Brzmi przejmująco. „Zaliczają mnie do tych, co schodzą do grobu, stałem się podobny do męża bezsilnego. Moje posłanie jest między zmarłymi, tak jak zabitych, którzy leżą w grobie, o których już nie pamiętasz, którzy wypadli z Twojej ręki. Umieściłeś mię w dole głębokim, w ciemnościach, w przepaści.
Wychodzimy z kościoła i zatrzymujemy się przy pozostałościach skalnych schodów, którymi przechodził Jezus, a których część św. Helena wywiozła do Rzymu. La Scala Santa. Chcę, podobnie jak moi poprzednicy na przestrzeni wieków, oderwać kawałek skały. Wszystko ogrodzone, nie udaje się. Jezus po tych schodach schodził przynajmniej dwa razy: w drodze do Ogrójca i prowadzony, jako więzień do Ciemnicy. Znowu spoglądam na dolinę i miasto położone na górze, na cmentarz żydowski, z którego wszyscy będą zbawieni, kiedy przyjdzie Pan. Wracamy do autokaru i wyruszamy na Górę Oliwną. Aram częstuje mnie orzeszkami, ja podaje mu ciasteczka Oreo.
Zmierzając na Górę Oliwną przejeżdżamy przez dzielnicę arabską. Odczuwam ogromne napięcie obecne w tym wielokulturowym mieście. Przenika ono nawet przez szyby autokaru. Napięcie zaraźliwe, odurzające. Chciałbym wyskoczyć na zewnątrz i wędrować po uliczkach dzielnicy. Najlepiej będąc niewidzialny, nie opowiadając się po żadnej stronie, zachowując neutralność. Szwajcar w Palestynie. Niestety to niemożliwe. Tutaj zawsze masz określone imię, jesteś razem z kimś, a przeciw komuś innemu. Jesteś Żydem, Arabem, chrześcijaninem, turystą i bierzesz udział w dramacie miasta, odbijającego dramat świata.
Jesteśmy na szczycie Góry Oliwnej, w odległości drogi szabatowej od Jerozolimy – jak jest napisane w Dziejach Apostolskich – w miejscu, gdzie Jezus wstąpił do nieba. Znajduje się tutaj kaplica wniebowstąpienia, jeszcze z czasów św. Heleny. W środku znajdziemy odbitą stopę Jezusa, ostatni kontakt Boga z ziemią. Nie tak daleko, zostawił swój pierwszy ślad, w Betlejemskim żłobie. Św. Ignacy wrócił się, aby zobaczyć, w którą stronę była zwrócona stopa Jezusa (nota bene w stronę Mekki). Też to robię, jeszcze raz wchodzę do kaplicy i robię zdjęcie odbicia na skale.
Kilkanaście metrów od kaplicy zatrzymujemy się przed posesją pewnej rodziny arabskiej z Jemenu, która po inwazji izraelskiej w czasie wojny 6 dniowej, została zmuszona do wetknięcia flagi okupanta na dachu swojego domu. Obok znajduje się miejsce, w którym znajdował się kościół Eona (wspomniała o nim pątniczka Egeria). Dzisiaj jest tam inny kościół, zwany Pater Noster. Czekamy kilka minut do godz. 14.00, aż zakończy się sjesta i będziemy mogli wejść do środka. Najpierw schodzimy do kaplicy w skalnej grocie, gdzie Jezusa nauczył swoich uczniów modlitwy Ojcze nasz. Czytamy fragment z Łk 11 – Panie, naucz nas się modlić. Potem przechodzimy do kościoła przy klasztorze karmelitańskim i odmawiamy Koronkę do miłosierdzia. Niżej, schodząc z Góry Oliwnej, mając cały czas wspaniałą panoramę Jerozolimy, ze złotą kopułą w środku, docieramy do kościoła „Dominus flevit” – Pan zapłakał nad losem Jerozolimy, wjeżdżając na osiołku do miasta. Kościół jest w kształcie łzy (wybudowany w 1954) i zwrócony w kierunku, w którym patrzył Jezus, przejęty zatwardziałością serca mieszkańców Jerozolimy. Patrzę razem z Nim, na siebie przede wszystkim. Tak ciężko się nawrócić. Po opuszczeniu tego miejsca, schodzimy jeszcze niżej do ogrodu Getsemani, gdzie Jezus na modlitwie odczuwał trwogę konania. To tutaj Pan przeżył dramat opuszczenia przez swoich uczniów, głuchych na wołanie: Sustinete hic et vigilate mecum, czuwajcie ze Mną. Zanim wejdę do kościoła upamiętniającego to wydarzenie, obrywam liście oliwek. Palce pachną świeżymi pędami. Wchodzę do bazyliki i jak wszyscy klękam przed skałą przy ołtarzu, gdzie klęczał Pan. Krople krwi Chrystusa ze strachu, z samotności. Panie, przywróć mi dar głębokiego trwania na modlitwie. Z Tobą i przed Tobą.
Dochodzimy do podnóża Góry Oliwnej, do doliny Cedronu, do groty Pojmania, obok której wznosi się bazylika grobu Maryi. Schodzimy po schodach. W ostatniej chwili jeden ze sprzedających różańce Arabów ratuje upadającego najstarszego uczestnika naszej grupy. Oddech ulgi Iwony, naszej przewodniczki, będącej świadkiem zdarzenia. W grocie Pojmania, na ścianie bocznej dostrzegam napis: Memento, Domine, sacerdotum tuorum. Znowu modlitwa za kapłanów.
Najniższy poziom naszego schodzenia z Góry Oliwnej osiągamy schodząc do Grobu Maryi. Do groty podziemnej prowadzą nas strome schody, nad którymi wisi kilkaset lamp olejowych, wszystko we wschodniej ornamentyce pełnej złota i blasku. Grób to mały domek, z niskim wejściem. Wchodzę pokłonić się Maryi. Za domkiem jest święta ikona Matki Bożej, którą wszyscy całują. Śpiewamy. Przychodzą inne grupy. U Niej jest zawsze dużo ludzi.
Od grobu Maryi podjeżdżamy autokarem do ściany płaczu. Kontrola, osobna dla kobiet i osobna dla mężczyzn. Obmywamy ręce przed modlitwą i znowu separacja: dłuższa część muru dla mężczyzn. Kilkanaście metrów nad modlącymi się wznosi się złoty Meczet na skale. Nie wkładam żadnej karteczki z modlitwą, zostawiam to dla papieży – myślę sobie z przekąsem. Oprócz mnie pod koloratką widzę jeszcze wietnamskiego dominikanina w habicie. Zapomniałem swojego notatnika, wracam szybko do autokaru, znajduję go na siedzeniu, jeszcze raz przechodzę przez kontrolę i jeszcze raz staję pod ścianą. Wracając z całą grupą zatrzymuję się jeszcze przy bramkach, aby podziękować sympatycznemu Żydowi z bejsbolówką na głowie, przypominającego Robina Williamsa, za najmilszą kontrolę w Izraelu. Wsiadamy z powrotem do autokaru – odczuwam głęboki żal, że opuszczamy dolinę Cedronu. Wracamy do Betlejem, do naszego hotelu i modlimy się różaniec. Myślę o Maryi, która może pogodzić zwaśnionych synów różnych religii, bo jest nie tylko Matką, ale również Królową. Młode izraelskiej żołnierki wpuszczają nas do Autonomii. Zatrzymujemy się jeszcze w sklepiku znajomego naszego kierowcy. Muszę przyznać, że pamiątki w ZŚ są lepsze od tych z Rzymu, chociaż i tak nie brakuje chińszczyzny. Przy kasie biorą od nas połowę ceny.
Po kolacji idę z dwoma dziewczynami: Jolą i Agnieszką na przechadzkę po Betlejem by night. Mężczyźni w samochodach, gwarne życie, trochę niebezpieczna atmosfera. Brud i budowlany chaos. Docieramy do bazyliki Bożego Narodzenia. Okoliczne uliczki są pełne ludzi i sklepów, i są oświetlone. Chcę kupić dziewczynom herbatę u przydrożnego handlarza – odmawiają ze względu na higienę. Piszę w hotelu dwa mocne mejle opisujące dzisiejszy dzień. Jestem wyczerpany i od razu zasypiam.
Dzień 3 – 5 maja 2016, czwartek
Wstajemy wcześnie, aby się spakować, bo zmieniamy hotel. Dzisiaj jedziemy do Galilei. Jest cieplej niż wczoraj, świeci ostre słońce. Wyjeżdżamy na autostradę. Znowu kontrole. Do autokaru wchodzi młody żołnierz, drugi czeka przed drzwiami. Puszczają nas. Tacy młodzi chłopcy – komentują panie w autobusie. Jedziemy przez kawałek zielonej pustyni, aby za chwilę znowu wjechać do Jerozolimy, która ciągle jest rozbudowywana. Iwona mówi, że Żydzi wieczorem podbijają nowy teren, a rano zaczynają tam budować osiedle. Opuszczamy miasto, zjeżdżając z drugiej strony Góry Oliwnej (818 m n.p.m.) w kierunku Morza Martwego (– 400m n.p.m.) – od razu przychodzi mi na myśl ewangeliczne: „wychodził” i „schodził” z Jerozolimy. Przejeżdżamy przez pustynię judzką, przez kraj Beduinów. Widzimy ich osady ze skleconych na szybko kawałków blachy i drewna. Wokoło stada owiec. Mijamy znak informujący, że jesteśmy na poziomie 0, równo z taflą morza. Za chwilę urywa się krajobraz górski i wkraczamy do rozległej doliny Jordanu. Ogromne, sztucznie nawadniane plantacje palm daktylowych. Odbijamy od autostrady w stronę rzeki, mijając kolejny posterunek wojskowy. Nad Jordanem, w miejscu chrztu Jezusa znajduje się kilka nowych i starych kościołów. Od razu lajkuję to miejsce. Jest po prostu dzikie. Nad rzeką odnawiamy przyrzeczenia chrzcielne. Stoję po kolana w wodzie, końce stuły pływają po powierzchni, a ja polewam głowy, za pomocą dużej, płaskiej muszli. Arab robi nam zdjęcie grupowe. All inclusive. Obok Etiopczycy głośno i dziko śpiewają, przygotowując się do zanurzenia. Kosztuję wody, jest b. słona. Cudowne miejsce, od razu się śmieję i mam energię – kocham pustynię.
Jedziemy cały czas doliną Jordanu. Mnóstwo plantacji, dzięki nawadnianiu systemem tysięcy czarnych rurek z wodą z Jordanu, od czasu do czasu przepompownie. Zatrzymujemy się w zajeździe przy drodze. Totalny bałagan. Stary czołg, śmieci. Wokoło biegają dzieci. Za chwilę podjeżdża inny autokar z wycieczką żydowską. Wyskakuje dwóch facetów z karabinami. Przysiadam pod palmą i obserwuję pustynię, w tym miejscu przekształconą w pola uprawne, Podobno kiedyś był tutaj ocean, stąd tak żyzne podłoże. Odjeżdżając zostawiamy przez pomyłkę dwie panie, które przerażone biegną za nami. Sytuacja jest zabawna, śmieje się kierowca i Aram. Ten drugi daje nam za chwilę popis swoich wokalnych umiejętności. Śpiewa po ormiańsku, nostalgiczne pieśni. Najbardziej podoba mi się Serum, serum – piękna, piękna, w domyśle kobieta. Zmienia się powoli krajobraz. Płaska dolina przekształca się w teren pagórkowaty. Zbliżamy się do Galilei. Pojawiają się drzewa, złociste pola uprawne, ogrody oliwne. Okolica przypomina mi Toskanię. Zbliżamy się do góry Tabor. Wznosi się „osobno” (określenie z Ewangelii) nad żyzną doliną. Stajemy na parkingu u podnóża góry i przesiadamy się do busików wywożących nas po krętej drodze, wśród lasu, na szczyt góry. Wita nas bogactwo zieleni, kwiatów i piękno budynków z bazyliką w centrum. Wiedzie do niej śliczna alejka. Bazylika jest zbudowana z piaskowca. Ołtarz główny jest podzielony na dwa poziomy. Górny jest zwieńczony mozaiką przedstawiającą przemienionego Jezusa w towarzystwie Mojżesza i Eliasza wraz z przypatrującym się im apostołom. Dolny poziom jest zajęty przez grupę polską sprawującą Mszę św. Boczne kaplice są poświęcone Mojżeszowi i Eliaszowi. I bazylika i otoczenie są bardzo piękne. Po dwóch stronach świątyni są tarasy widokowe. Pielgrzymi z Etiopii śpiewają Mes-ke-ne-u – chwalmy Pana, tłumaczy mi jeden z nich.
Wybija południe, jest ciepło, ale nie upalnie, wysokość robi swoje. Czekamy z Etiopczykami na busy z powrotem. Patrzę ze szczytu na zagospodarowaną dolinę. Tak nie było jeszcze osiem lat temu, kiedy byliśmy tutaj ostatnio – wspominają jedni Państwo z naszej grupy. Izrael konsekwentnie zagospodarowuje każdy metr terenu, za niedługo pochłonie enklawy palestyńskie. Jedyną przeszkodą jest to, że Żydów jest zbyt mało, w porównaniu do populacji arabskiej. I czy tylko wystarczy tutaj wody? Okolice góry Tabor zamieszkują Druzowie. Przespałem drogę do Nazaretu. Iwona mnie uśpiła swoim spokojnym wykładem, a poza tym brakuje mi kawy.
Idziemy przez zatłoczoną ulicę Nazaretu w kierunku bazyliki Zwiastowania. Bazylika jest nowa i piękna od strony zewnętrznej, a wokół niej są krużganki z wizerunkami Maryi z różnych stron świata. Wnętrze już mnie tak nie urzeka. To skomplikowana konstrukcja żelbetonowa, a na środku jest ogromny otwór ośmiokątny, który kryje centralnie ustawiony ołtarz i domek Maryi (grota Zwiastowania) stojący z boku. Domek Maryi składa się z murowanych kamieni i przylega do jakiegoś starego muru, który ciągnie się przez całą ścianę boczną bazyliki. Wchodzimy po schodach na drugi poziom bazyliki, który stanowi poziom podstawowy. Po raz kolejny na ścianach bocznych są wizerunki Matki Bożej z różnych państw świata. Niektóre są straszne. Jednak w bazylice, która jest nie do końca udana od strony architektonicznej i kompozycyjnej, czuję się dobrze – to zasługa Maryi, która w każdym miejscu tworzy rodzinny dom. Od Maryi idziemy do Józefa, czyli do kościoła Jemu poświęconego, znajdującego się trochę wyżej niż bazylika. Kościół św. Józefa jest mały w porównaniu do bazyliki, prosty i piękny. Śmieję się, że Maryja zazdrości Józefowi tego skromnego i przytulnego miejsca. Pod kościołem są fundamenty starszych świątyń z różnych epok, zbudowanych w miejscu groty, która w czasach Jezusa służyła, jako dom mieszkalny. Ten konkretny jest nazwany Nazaretem Rodziny. Kościół św. Józefa został zaprojektowany przez franciszkańskiego brata Wendelina Hinterheusera w 1911 – czytam na tablicy. Podziwiam piękne witraże, przedstawiające wezwania z litanii do św. Józefa. W drodze do autokaru piję kawę, a reszta wybiera sok z granatów.
Jedziemy do Kany Galilejskiej (dokładnie 3 dziesiątki różańca odległości). Odmawiamy tajemnice światła – prowadzę bardzo swobodnie, bo jesteśmy w tych miejscach, o których mowa – niesamowite. Cały odcinek do Kany jest gęsto zabudowany, co nie odpowiada moim wyobrażeniom o Galilei, jako krainie bezludnej, bo wszędzie tylko pola i pastwiska. Ale atmosfera Toskanii zostaje. Dowiaduję się od Iwony, że w Kanie jest parafia katolicka, jedna z nielicznych w ZŚ. W bazylice odprawiam Mszę św. z odnowieniem przyrzeczeń czterech par małżeńskich, które są w naszej grupie. Wchodzi Etiopia i zaczyna śpiewać w bocznej kaplicy, albo pod nami. Robi się wesoło. Chociaż, wiesz, Panie, że nie lubię ślubów. Wolę pogrzeby. Po Mszy schodzimy do krypty, gdzie są fragmenty starego kościoła i domu. Są tam nasi Etiopczycy żywiołowo świętujący wesele. Nad rozpostartym białym płótnem tańczy para małżeńska. Nasi małżonkowie też się dołączają i mamy imprezę na całego. Wszyscy tańczą i śpiewają. Od czasu do czasu jest wznoszony etiopski okrzyk plemienny: ulululululu, który jest przezabawny i chętnie zaczynamy go naśladować. I niech mi ktoś powie, że misje to nie jest najlepsza sprawa, jaka się może przytrafić w życiu księdza. A moi kolejni przełożeni, kiedy wychodzimy w sześciu do koncelebry mówią, że misje to są w Polsce, i że u nas brakuje księży. Przepraszam, nie mogę tego słuchać. W jednym ze sklepików dostaję od właścicieli za darmo wino i dwa różańce, mam się tylko za nich pomodlić. Kupuję polecany mi przez wszystkich miód daktylowy. Dobre miejsce ta Kana.
Opuszczamy górzystą Galileę (zwaną Górną) i kierujemy się w strona Jeziora Galilejskiego, do Tyberiady. Wokół autostrady ciągną się pola i pastwiska, ale są też salony samochodowe – również tutaj następują nieodwracalne zmiany. Za chwilę pierwsze spojrzenie na Morze Tyberiadzkie. Myślałem, że jest większe. Jest rzeczywiście pięknie położone, głęboko w dolinie. Zbocza Tyberiady są gęsto zabudowane. Zanim dojedziemy do naszego hotelu, zatrzymujemy się przed siedzibą firmy Caprice, która zajmuje się szlifowaniem i handlem diamentami. Po części muzealnej firmy oprowadza nas rosyjskojęzyczna przewodniczka. Opowiada nam po rosyjsku historię firmy, pokazuje film o wydobywaniu i szlifowaniu diamentów (taki z lat 70), aby nas w końcu zaprowadzić do części handlowej. Jest tam trochę bogatych turystów. Oglądam pierścionki i naszyjniki. Diament można szlifować jedynie za pomocą innego diamentu. Taki twardy. Ale pozostaje węglem, więc lepiej nie wrzucać go do pieca.
Będziemy spać w hotelu Dona Gloria, urządzonego w stylu włoskim, bo właściciele są włoskimi Żydami. Znajduje się blisko jeziora. Po kolacji o wiele smaczniejszej niż w Betlejem (tam był chrześcijański hotel) wybieram się z Jolą (bo jej nieodłączna przyjaciółka Agnieszka źle się czuje) w stronę promenady biegnącej wzdłuż jeziora. Jesteśmy tak zmęczeni, że po kilku minutach postanawiamy zawrócić do hotelu. Nad jeziorem kąpie się kilku młodych mężczyzn. Spotykamy wiele rodzin w tradycyjnych strojach. Atmosfera jak w kurorcie, otwarte knajpki i rozświetlone stragany.
Dzień 4 – 6 maja 2016, piątek
Rano, po śniadaniu, idziemy całą grupą w kierunku tej samej promenady. Nad jeziorem niewielka mgła, ale widać wzgórza Golan na drugim brzegu. Z przystani wyruszają turystyczne łodzie, na rejs po jeziorze. Różne grupy językowe. Amerykanom puszczają na pokładzie hymn narodowy. Wyprostowani, ręce na piersi – druga ojczyzna, a może pierwsza. Zgodnie z przewidywaniami nasz rejs zaczyna się od Mazurka, a po nim mikrofon przejmuje Aram i śpiewa po ormiańsku. Na środku jeziora czytam na głos opis burzy na jeziorze z ewangelii św. Marka. I zdaję sobie sprawę, że z tej perspektywy nie jest ono takie małe. Chciałbym jednak skoczyć do wody i popłynąć do brzegu. A może być jedną ze 153 ryb złowionych przez Piotra? Obsługa łodzi organizuje szoł. Jeden z załogi robi za wokalistę do podkładu z płyty i śpiewa jakąś żydowską pieśń. Nasi ustawiają się do kółeczka i podskakują. Tylko złociste wzgórza Golan są nieporuszone. Woda jeziora, podobno raj dla ryb, jest zielona i apetyczna. Słońce tańczy w parze z chmurami, wieje przyjemny wiatr, słychać miarowy dźwięk silników. Tutejsi sprzedają Naszym kamienie z jeziora. Myślę o ciężkiej pracy rybaków, o szorstkich linach przeciąganych tysiące razy, o sieciach płukanych w nieskończoność, o ich twarzach spalonych słońcem i pooranych wiatrem. Myślę również o tym, w jaki sposób jezioro tworzy wspólnotę. To ich mały ocean w środku świata, ich góry, wioski i miasta. Ci rybacy mają prawo czuć się centrum wszechświata. Jaka moc była w słowach Jezusa, że zostawili wszystko, zostawili swój wszechświat. Zaczyna padać deszcz – nabieram pokory wobec tego jeziora.
Przybijamy w deszczu na drugi brzeg. Żydzi zbudowali tutaj ośrodek Yigal Allon Center. Z rozmachem. Betonowe walce, które przetrwają wieki, są brzydkie, przynajmniej jak się patrzy na nie od strony jeziora. W środku dużo Chińczyków i duży, ładny gift–shop. Kupuję mapkę Izraela i gumkę chińską z napisem: I love Jerusalem. Wszystko stanowi część kibucu Ginosar. Kibuc to nasz PGR, ale z sukcesem. Jest tutaj plantacja bananów, mango, zaplecze noclegowe, kawiarenka, sklep i muzeum, w którym przechowują fragmenty łodzi rybackiej z czasów Jezusa. Wszystko jest nowoczesne. A przede wszystkim przepompownia wody. Postawili, jak w fabryce Audi, na Vorsprung durch technik, rozwój przez technikę.
Docieramy – jak mów Iwona – do raju na ziemi, czyli do sanktuarium 8 błogosławieństw, położonego na górze przy jeziorze. W zakrystii wita mnie sympatyczna starsza siostra, franciszkanka, która przydziela mi kaplicę św. Łukasza (nr 2) na odprawienie mszy. Kaplica to kamienny ołtarz i ławki w ogrodzie, przykryte zielonym płótnem. Dostaję koszyk z paramentami liturgicznymi, potrzebnymi do odprawienia mszy św. i idę do Moich. Wieje silny wiatr – na ołtarzu z trudnością utrzymuje mszał, hostie i kielich. Pomaga mi Agnieszka. W dodatku śmierdzi nawozem z pobliskich pól. Tylko widok jest cudowny: ogród, łagodne zbocze schodzące do jeziora. Śmieję się w duchu, że ten wiatr i smród, w tak bajecznym miejscu, to najlepsze wyjaśnienie 8 błogosławieństw. Szczęście wśród przeciwności. Rybacy z okolic Jeziora Galilejskiego, żyjąc tutaj i zmagający się z wieloma przeciwnościami, wiedzieli, o czym mówi Jezus. W kazaniu zatrzymuję się na pierwszym błogosławieństwie: błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie – oj, jak ja kuleję w tym temacie. Proszę o łaskę ubóstwa w duchu. Podczas krótkiego czasu wolnego siadam pod drzewami, patrząc na jezioro. Młoda rodzina Niemców, z dwójką dzieci, rozbija się obok mnie. Ojciec czyta ewangelię, matka słucha, chłopczyk i dziewczynka biegają. Wzruszający widok – jest nadzieja dla Niemiec. Dalej śmierdzi i jest pełno much. Czas uciekać. To nasz ziemski raj, skażony śmiercią, wyzwolony przez Boże błogosławieństwo.
Następnym miejscem, które odwiedzamy, jest Tabgha albo Heptapegon – siedem źródeł. Jest tutaj skała, której Jezus nakarmił tłumy, rozmnażając chleby i ryby. Mensa Christi – stół Chrystusa. W centrum piękna bazylika z bizantyjskimi mozaikami przedstawiającymi cud rozmnożenia i elementy flory i fauny z delty Nilu. Przy ołtarzu jest najbardziej znana mozaika – dwie ryby i chleb, motyw często wykorzystywany na ceramice z ZŚ. Kupuje dwa talerzyki z tym wzorem. Tabgha to również kościół prymatu św. Piotra, który znajduje się w bliskiej odległości. Tam, Jezus zapytał Apostoła czy Go kocha, więcej niż wszystkich pozostałych. Schodzimy na chwilę do jeziora. Rozmawiam z dziewczynami, czekając na resztę grupy.
Kolejnym przystankiem jest Kafarnaum – dom św. Piotra. Nad jego pozostałościami zbudowano w 1990 roku betonowy kościół, która wygląda jak ufo. W środku jest otwór, przez który ogląda się pozostałości starożytnego domu Apostoła. Na bocznych filarach zawieszono drewniane płaskorzeźby, przedstawiające sceny z pobytu Jezusa w tym mieście. Uzdrowienie paralityka: et ferentes paralyticum nudaverunt tectum… tibi dico: surge, tolle grabattum tuum. I kontrowersyjne uzdrowienie teściowej Piotra: cum venisset in domum Petri, vidit socrum euis…et dimisit eam, febris. Od początku dom Apostoła staje się domus ecclesiae, miejscem modlitwy chrześcijan. Kafarnaum to najlepiej zachowane archeologicznie starożytne miasto w Galilei. Obok domu Piotra są pozostałości synagogi, w które Jezus nauczał o tym, że w Nim wypełniły się Pisma i Prorocy, za co chciano Go zabić. Wracając do autokaru widzę przed sobą na górze kopułę kościoła błogosławieństw.
Jedziemy dalej, tym razem zawitamy do restauracji św. Piotra, w której serwowana jest ryba św. Piotra, czyli specjalny gatunek okonia występujący jedynie w Jeziorze Galilejskim. Restauracja to przede wszystkim smażalnia ryb, pełna pielgrzymów i turystów. Podają również wyśmienite warzywa, w różnych konfiguracjach: marchewka z winogronami, pietruszka z czosnkiem, pomidory z ogórkiem, papryczki z limonką. Chociaż większość warzyw jest serwowana na ostro, nic nie leży mi w żołądku. To zasługa przypraw. Przygryzamy pieczone chlebki natarte czosnkiem i zroszone oliwą, które maczamy w hummusie. Przynoszą rybę św. Piotra, naciętą jedynie po bokach i usmażoną w całości. Zjadam ze smakiem i od razu idę pływać w jeziorze. Cudownie, że nie trzeba się przyzwyczajać do temperatury wody, ale można od razu wskoczyć na głębinę (jezioro ma 40m głębokości). Kilku mężczyzn z naszej grupy, razem z dwoma sympatycznymi braćmi: Jasiem i Wojtkiem, korzysta z kąpieli. Kobiety fotografują z brzegu. Znowu myślę o Piotrze, który rzucił się w morze, kiedy zobaczył Pana. Pływając, rytmicznie rozgarniając wodę, patrzę na wzgórza Golan. Po kąpieli wracamy do autokaru, aby wyruszyć do Jerycha.
W drodze odmówiliśmy litanię loretańską – jedyne takie majowe w ZŚ. Po lewej stronie dolina Jordanu, a po prawej pustynne góry. Robimy krótki postój na jednym z zajazdów. Arabowie witają nas wołając: Polonia, Polonia! Ściągam buty i chodzę po rozgrzanych kamieniach. Dokonuję przełomowego odkrycia, że czym ciemniejsze kamienie, tym bardziej parzą. Kontynuujemy podróż i za niedługo dojeżdżamy do Jerycha. W oddali widać Morze Martwe, a z drugiej strony Górę Kuszenia. A przed nami najstarsze miasto świata. Zatrzymujemy się przy oazie Tell Es-Sulta, najstarszej części Jerycha, które początki sięgają roku 8000 przed Chrystusem (przynajmniej tak informuje tabliczka). Jest tutaj duży sklep z pamiątkami. Wchodzę na górę, żeby zobaczyć panoramę, po drodze kupuje daktyle, pudełko za 8 dolarów, ale są wysokiej jakości, słodkie, rozpuszczające się w ustach. Obchodzę ogrodzenie i swobodnie wchodzę na teren wykopalisk, robię zdjęcia kolejki linowej na Górę Kuszenia, oglądam starożytne mury. Za chwilę zaczyna mnie gonić jeden z Arabów. Chyba wkroczyłem do jakiejś strefy chronionych wykopalisk. Chwila rozeznania i ocenienia wieku ścigającego mnie i już mnie nie ma. Uciekłem. Bliski wschód, tu wszędzie jest dużo zakamarków, jak na filmach sensacyjnych. Kilka osób z naszej grupy wyjeżdża kolejką na Górę Kuszenia, kontrolowaną przez prawosławnych. Jadąc głównym traktem do centrum nowego Jerycha, zatrzymujemy się na sykomorze. Na podobne drzewo, gdzieś bardzo blisko tego miejsca, wspiął się Zacheusz, który pragnął zobaczyć przechodzącego Jezusa. Ktoś z naszej wycieczki słusznie zauważa, że nie było łatwo człowiekowi o niskim wzroście wspiąć się na takie drzewo. Ktoś inny komentuje, że bogaczowi zawsze się uda. Docieramy do centrum miasta, które stanowi zatłoczona ulica prowadząca do meczetu. Pełno młodych mężczyzn, młodych Palestyńczyków, wyraźnie niemających konkretnego zajęcia. Widać, że jest to masa nieobliczalna, że Izrael ma się, kogo obawiać. Zanim opuścimy Autonomię Palestyńską, mijamy ostatni budynek, to żydowski hotel z kasynami. Hazard jest zabroniony w Izraelu, więc Żydzi wykorzystując swoje zdolności w talmudycznej interpretacji prawa, i przenoszą się do sąsiadów. Wjeżdżamy do Izraela i zaczynamy podjazd do Jerozolimy. Modlimy się różaniec. Do miasta Boga docieramy po zmroku. Abram wysiada w dzielnicy ormiańskiej. Jesteśmy twoją prywatną taksówką – przekąsem żegna go Iwona.
Dzień 5 – 7 maja 2016 roku, sobota
Podróżowanie zaczynamy zbiórką w autobusie o 7.15. Jest chłodniej, ale za chwilę będzie upalnie. Nasi ubrali się porządnie – przygotowani na wszystko. Jedziemy do bazyliki Narodzenia Pańskiego. Wchodzimy przez małe drzwi – pamiątka z czasów, kiedy muzułmanie wjeżdżali do kościoła na koniach, a chrześcijanie, aby temu zapobiec, zamurowali główne wejście zostawiając niewielki otwór. Prawdziwe wejście do groty. Mamy Mszę św. w bocznej kaplicy, św. Katarzyny. Formularz z pasterki i z radością śpiewamy kolędy. Odprawiam z chore dziecko, Joachima i mówię o tajemnicy Wcielenia. Po chwili biegniemy do groty Narodzenia pod głównym ołtarzem. Dostaliśmy na to pozwolenie, ale za chwilę mnisi greccy zmieniają zdanie. Będzie otwarte za 2 godziny. Wykorzystujemy ten czas na zwiedzenie przylegającego do bazyliki kościoła św. Katarzyny. W ogóle cały kompleks jest zbudowany z kilku budynków, które dosłownie pchają się, aby być jak najbliżej miejsca Narodzenia Jezusa. Trochę, jakby cały świat chciał się zawrzeć w tajemnicy Wcielenia. Opuszczamy ten najstarszy działający kościół na świecie i idziemy kilkaset metrów do Groty Mlecznej. Tutaj, według tradycji, mieszkała św. Rodzina po narodzeniu Jezusa, zanim musiała uciekać do Egiptu (mogło to trwać i rok). Kropla mleka Maryi w czasie karmienia Dzieciątka miała tutaj spaść na skałę zabarwiając na biało. Kościółek zbudowany przy tej grocie, jest śliczny, atmosfera bardzo rodzinna, przytulna. Do dzisiaj franciszkanie sprzedają kruszoną białą skałę z tego miejsca. Iwona nazywa to mlekiem w proszku Matki Bożej. Słuchamy o dziejących się cudach macierzyństwa dla niepłodnych matek, modlących się w tym miejscu. Biała relikwia skruszonej skały pomaga również chorym na raka kości – w tym momencie zaczyna płakać p. Barbara, której syn choruje na tę straszną chorobę. Wracamy do najstarszego kościoła świata. Nie odstępuje mnie grupa chłopców, bo jednemu z nich dałem 5 dolarów i teraz się rozniosło. Dzieci z Bullerbyn, dzieci z Betlejem, koledzy Jezusa.
Ustawiamy się w kolejce do groty, która ma być otwarta za 45 minut. W rzeczywistości czekamy półtorej godziny. W grocie przekształconej w kaplicę panuje arabski chaos. Kilku mężczyzn krzyczy poganiając i popychając wszystkich. Z boku wchodzą osoby z tzw. kolejki płatnej. Tak jak 2000 lat wszyscy pragną zobaczyć Dziecię. Jest głośno i sztucznie wywoływane napięcie, do granic absurdu. Zaczynam się z kilkoma osobami śmiać z całej sytuacji. Parodia. Udaje mi się zrobić zdjęcie charakterystycznej gwiazdy na miejscu narodzenia i podchodzę obok do żłóbka, którym zarządzają franciszkanie. Czas opuścić kaplicę groty i bazylikę. Czekamy na pozostałych na dziedzińcu przed świątynią i dzielimy się przeżyciami. Znowu mam ochotę zaśpiewać kolędę. Jest coś, w tym pasterskim zawodzeniu, terapeutycznego.
Autokarem podjeżdżamy do Pola Pasterzy, gdzie pasterze usłyszeli od aniołów, że narodził się Zbawiciel. Prawdziwa tutaj oaza pośród dzikiej i brzydkiej zabudowy miasta. Ogród jest piękny, a w środku stoi niewielki kościół zwieńczony kopułą. Czytamy ewangelię stosowną do miejsca i śpiewamy kolędy. Obok jest jedna z grot pasterskich przekształcona na przytulną kaplicę. Siedzimy na miękkich poduszkach i podziwiamy ściany wydrążone w skale. Naprzeciw Pola Pasterzy jest chrześcijański sklep z pamiątkami. Pracuje tam nawet jedna Polka. Kupuję różańce i krzyżyki z drewna oliwkowego. Paciorki z prawdziwego drewna oliwkowego nie są jednolite, ale w różnych odcieniach brązu, jak nierozmieszane kakao w mleku, w odróżnieniu od jednakowych kulek drewnianych chińskiej produkcji – objaśnia nam Rodaczka.
Wreszcie jedziemy nad Morze Martwe. Znowu wyjazd z Autonomii do Jerozolimy, ale przez przejście, przez które jeszcze nie przejeżdżaliśmy. Czarnoskóra żołnierka uśmiecha się do nas, i przepuszcza bez zatrzymywania. Nie wiem nawet, kiedy, ale zasnąłem i obudziłem się dopiero na parkingu przed plażą Morza Martwego. Poziom morza jest znacznie obniżony. Najpierw nakładanie maseczki z błota, brodząc w płytkiej wodzie, a później stopniowe zanurzenie i słodki stan nieważkości. Zajmuje trochę czasu, zanim nauczę się poruszać bez nerwowych ruchów. Najgorsze jest wstawanie z jedynej komfortowej pozycji, czyli leżenia na brzuchu. Trzeba pokonać opór wody, która wypycha całe ciało do góry. Jest trochę Żydów, Amerykanów, Polaków i Hindusów. Oddycham czystym powietrzem, podobno to raj dla alergików. Wychodzę na brzeg i zażywam spokoju. Otwieram Biblię, Tysiąclatkę, na pierwszej stronie, gdzie jest mapa Palestyny. Pierwszy raz spoglądam na swój egzemplarz Pisma św. w taki sposób, chociaż używam go od lat. Porównuję mapę z rzeczywistością. Tu morze, tam wpada Jordan, po drugiej stronie Moab, a tam będzie Engaddi. Mieć jeszcze jedno życie, zamieszkać w Jerozolimie, która najbardziej mnie fascynuje. Studiować hebrajski i arabski, księgi Pisma św., tak jak Hieronim.
Wracamy do autokaru. Czuję się odświeżony i chętnie bym zasnął. Tymczasem spoglądam po raz ostatni na morze i dolinę Jordanu. Uwielbiam klimat pustyni. Jakby na moje życzenie, zbaczamy z autostrady w boczną ulicę w głąb pustyni. Zatrzymujemy się przy studni, przy oazie, którą dzisiaj muzułmanie uznają za grób Mojżesza. Wcześniej było to miejsce chrześcijańskie, ostatni przystanek dla pielgrzymów przed wejściem do Jerozolimy. Tutaj formowały się procesje, które uroczyście wchodziły do świętego miasta. Do dzisiaj znajduje się tutaj stary cmentarza z okresu wypraw krzyżowych. Wchodzimy do środka. Wszystko wygląda ja twierdza. W centrum meczet, z szeregiem charakterystycznych, orientalnych kopuł. Biegam wokoło robiąc zdjęcia. Wieje silny wiatr. Suche powietrze. Razem z Agnieszką i Jolą urządzamy sobie prawdziwą sesję fotograficzną. Jako ostatni, spóźnieni, wpadamy do autokaru. Wieczór w hotelu różni się tym od pozostałych, że jest poświęcenie dewocjonaliów w sali przez nas zarezerwowanej. Jacek, świetny gitarzysta i śpiewak, zapodał taki repertuar, że panie w średnim wieku są zachwycone. Nie możemy skończyć spotkania, jest bardzo wesoło, beztrosko. Wieczorem idę jeszcze na herbatę do pokoju dziewczyn, a przed snem oglądam BBC.
Dzień 6 – 8 maja 2016 roku, niedziela
Wyjazd mamy zaplanowany na 8.00. Próbuję napełnić małą butelkę lemoniadą. Nie powiodło się – można tylko na miejscu. Czekając w autokarze na spóźnialskich, p. Urszula, nasza doktor, pomaga ulicznemu handlarzowi sprzedać ok. 30 torebek naszym panią w autobusie. Po dziesięć złoty jedna ­ nasza waluta jest chyba pierwszą walutą w Betlejem, po izraelskich szeklach i amerykańskich dolarach. Jedziemy odwiedzić sierociniec sióstr Elżbietanek w Betlejem. Odprawiamy u nich w kaplicy mszę św. Mówię o połączeniu nieba i ziemi w tym miejscu i o apelu Jezusa o jedność, z dzisiejszej ewangelii. Zostajemy u sióstr na kawie. Jesteśmy bardzo hojni dla sióstr i ich dzieła pomocy biednym, palestyńskim dzieciom. Zawiązała się między nami wspaniała wspólnota. Iwona pokazuje nam grotę, w której jest kaplica. Śliczne miejsce i gwiazda pod ołtarzem w nawiązaniu do bazyliki Narodzenie. Kto nie zdążył tam, może zrobić tutaj fotkę z dłonią we wnętrzu gwiazdy. Podziwiam z innymi umiejętności tutejszych kierowców autobusów, którzy świetnie sobie radzą w wąskich i stromych uliczkach. Czekając na wyjazd z Autonomii, po raz kolejny pomagamy lokalnym handlarzom. Tym razem hitem okazują się kolorowe plecaki z napisem Jerusalem.


Do starej części Jerozolimy wchodzimy przez bramę św. Szczepana (Brama Lwów) i od razu skręcamy w prawo do bazyliki św. Anny. W środku prześliczny ogród kwiatowy. Siadam pod drzewem pieprzowym (schinus molle) i spoglądam na statuę kardynała Lavigerie, założyciela misjonarzy Afryki, Ojców białych. Oj, serce bije, na myśl o misjach. Schodzimy do groty narodzenia MB, która znajduje się pod nienaruszonym przez wojny, pięknym, romańskim kościołem z czasów krzyżowców. Biały kamień i charakterystyczne okna z murowaną kratą z niewielkimi otworami, przepuszczającymi światło. Wewnątrz jest doskonała akustyka, co wykorzystują różne grupy odwiedzające świątynię. Również Jacek śpiewa Alleluja, co rusz zawieszając głos, aby dźwięk wspaniale wybrzmiał, jak w wielkim pudle rezonansowym. Tego bogactwa dźwięków nie wytrzymuje pracujący tam, prawdopodobnie zbyt długo, starszy ojciec biały, który nas przepędza. Obok bazyliki znajdują się pozostałości Sadzawki Owczej albo Betesdy, z pięcioma krużgankami. Spoglądam na pogrążonego w modlitwie mnicha greckiego, w czarnych szatach z pięknymi krzyżami na rękawach. Wracamy z powrotem do miasta i zaczynamy drogę krzyżową, via dolorosa. Wchodzimy do miejsca, zwanego Lithostrotos, gdzie są przygotowane specjalne boksy dla pielgrzymów, gdzie mogą usiąść i przestudiować mapki Jerozolimy z czasów Heroda. Miejsce to jest również znane z nazwy Ecce homo. Kamienie na ziemi są świadkami wydarzenia skazania Jezusa na śmierć. Myślę o gestach (ściągać buty czy nie?), a przecież chodzi o serce. Zresztą, prowadzę drogę krzyżową, więc jestem skupiony na modlitwie przy stacjach. Przepychamy się przez uliczki. Pamiętam tylko grupę czeską – to chyba moje ciernie, i palestyńskie dzieci wracające ze szkoły. Ostatnie 5 stacji (od X) odprawiamy na dachu bazyliki Bożego Grobu, do której schodzimy przez kaplicę koptyjską. Jesteśmy na dziedzińcu przed bazyliką. Ostatni moment, aby wejść do środka. Chcę tutaj wrócić. Biegniemy do autokaru, żeby zdążyć na samolot. Na lotnisku, mimo wielu stanowisk kontrolnych, przez które musimy przejść, wszystko odbywa się sprawnie. W samolocie jest wiele wolnych miejsc, więc stewardessa pozwala nam zająć dowolne miejsca. Siedzę obok Joli i Agnieszki. Serwują bardzo dobry obiad, z deserem i kawą. Mijamy Cypr i Turcją i zaraz jesteśmy w Europie. Jest piękne słońce. W Warszawie, całą ekipą z południa Polski, ledwo zdążyliśmy na pociąg do Katowic. Pani Urszula, doktorka i przywódca kilkuosobowej rodziny, która z nami pielgrzymuje, organizuje dla mnie i Iwony miejsca siedzące w pociągu, bo nie sprzedają już nam miejscówek. Jemy nawet chleb z Jerozolimy przełożony szynką i ogórkami z Polski. Jesteśmy ciągle oszołomieni ZŚ i długą podróżą. Dzięki uprzejmości jednego Pana z Rudziczki, który nas podwiózł do Gliwic, jesteśmy o 1 w nocy na osiedlu Kopernika. Żegnam się z Iwoną i ciągnę walizkę między uśpionymi blokami. Bogu niech będą dzięki!

Comments

  1. Ale to był fantastyczny wyjazd :) Wierzę, że i nas kiedyś będzie stać na takie wyjazdy.

    ReplyDelete

Post a Comment

Popular posts from this blog

Syntactic Structure by Noam Chomsky